Rozdziały: 0123


3. Lekcja pełna wrażeń i nowy nauczyciel

wtorek, 8.czerwca.2010, 13:53
Podkład: 3 Doors Down "Changes"

Dni mijały, a życie w Hogwarcie zdawało się powoli wracać do normalnego rytmu. Zajęcia odbywały się normalnie, bez żadnych zakłóceń. Niepokojąca była ciągła nieobecność przy stole w Wielkiej Sali Dumbledore'a i Snape'a, przyjaciele nie mieli jednak siły się nad tym zastanawiać wobec nawału pierwszych prac domowych. Nie słychać było jednak narzekań z tego powodu - na korytarzach rozlegały się wciąż te same pytania: Co z obroną przed czarną magią? Kto będzie jej uczył? I kiedy wreszcie odbędzie się pierwsza lekcja?
Minął równy tydzień od rozpoczęcia roku szkolnego, a jak do tej pory żadne zajęcia z obrony nie zostały przyprowadzone. Wszyscy odczuwali głębokie rozczarowanie, słysząc słowa "odwołane" bądź "zastępstwo". Takiej okazji nie mieli jedynie Gryfoni i Ślizgoni z szóstego roku - ich lekcja wypadała właśnie w tydzień od rozpoczęcia semestru.
Hermiona obudziła się wcześnie, co zaczęło wchodzić jej w nawyk. Przez chwilę leżała bez ruchu wpatrując się w szkarłatny baldachim nad jej głową. Uświadamiała sobie, jaki właśnie jest dzień i co jest na dzisiaj przewidziane, kiedy to do niej dotarło.
Środa.
Jęknęła cicho, wyczołgując się z pościeli. Będzie miała zajęty praktycznie cały dzień i ani chwili na takie przyjemności jak nauka... Zsunęła się z łóżka, sięgając po pozostawioną na szafce nocnej pracę z Historii Magii. Wrzuciła na siebie szkarłatny szlafrok, chwyciła pióro i zabrała się za dokańczanie referatu na parapecie. Mrucząc pod nosem kolejne daty i gryząc w zamyśleniu końcówkę pióra sunęła szybko umoczoną w atramencie częścią po pergaminie. Może uda się szybko skończyć te całe praktyki, wtedy mogłaby zrobić zadanie z zielarstwa na piątek, a pewnie jeszcze Ron będzie ją prosił o jakieś "wskazówki". Uśmiechnęła się pod nosem, przypominając sobie ostatnie zabiegi przyjaciela mające na celu poprawę jej humoru. Jej humor nie potrzebował poprawy, ale nie miała serca mu przerywać. Roześmiała się w duchu, widząc przed oczami jego minę.
Słońce wschodziło coraz wyżej, a jego świetlne promyki igrały w jej włosach, rozświetlając całe pomieszczenie. Skończyła pisać bardzo szybko, po czym ubrała się i zeszła na dół do Pokoju Wspólnego. W kominku wciąż zażyły się niewypalone poprzedniego dnia węgle. Wbiegła po schodach przed dormitorium Rona i Harry'ego.
- Wstawać, śpiochy! - wykrzyknęła, pukając do drzwi. Roześmiała się, słysząc stęki i marudzenia pięciu rówieśników. Po paru sekundach znowu zapadła cisza. Hermiona z westchnieniem ponownie zabębniła w drzwi, które po dłuższej chwili otworzyły się z cichym skrzypieniem. Ukazał się w nich zaspany Ron w jedwabnej piżamie koloru brudnobrązowego. Uśmiech Hermiony rozszerzył się na ten widok.
- My potrzebujemy się wyspać, panno Ograniczone Zapotrzebowanie Na Sen - wymamrotał, patrząc na nią nie do końca otwartymi oczami.
- Chyba nie chcecie się spóźnić na obronę? - zapytała tonem udającym surową przyganę.
- Nie będzie żadnej obrony - mruknął Ron, opierając głową o framugę. Powieki opadły mu już do końca.
- Coś czuję, że będzie - powiedziała Hermiona już na poważnie. - A teraz myk, myk, ubierać się! - zakomenderowała, obracając Rona o trzysta sześćdziesiąt stopni i wpychając go do pokoju. Zamknęła za nim drzwi i zbiegła po spiralnych schodach z powrotem do salonu. Nie była pewna, czy jej interwencja skłoni chłopaków do wyjścia z łóżek, ale warto było przynajmniej spróbować. Zwinęła się w kłębek na jednym z wysiedzianych foteli, analizując, co jeszcze ma do zrobienia.
Naprawdę czuła, że będą pierwszymi szczęśliwcami, jeśli chodzi o OpCM. Ten dzień jawił jej się jako wyjątkowy, choć sama nie wiedziała dlaczego.
Już po krótkiej chwili usłyszała głosy dochodzące ze schodów.
- Żądam równouprawnienia - oznajmił Ron, kiedy tylko zobaczył Hermionę. - Skoro my nie możemy wchodzić do waszych dormitoriów, to wy nie powinnyście móc wchodzić do naszych.
Z obrażoną miną rzucił się na kanapę.
- Równouprawnienia nie ma i nie zanosi się na to, że będzie - odparła słodkim głosikiem.
- I wielka szkoda!
- Już nie udawaj takiego pokrzywdzonego, Ronaldzie. Wcześniejsza pobudka może ci wyjść tylko na dobre.
- Wcześniejsza, a nie brak snu.
- To już tylko i wyłącznie twoja wina, trzeba było pójść spać o jakiejś normalnej godzinie, a nie balować do późna.
- Wcale nie balowałem, wypróbowywaliśmy nową dostawę towarów Freda i George'a - powiedział usprawiedliwiającym tonem. - Prawda, Harry? - odwrócił się do przyjaciela, jakby potrzebował jego potwierdzenia, Harry jednak nie zareagował. Ron szturchnął go w ramię.
- Cii... - wyszeptał Harry, potrząsając głową. Hermiona podążyła za jego spojrzeniem, natrafiając wzrokiem na grupkę trzeciorocznych, które nie wiadomo kiedy się tu pojawiły. Dziewczęta stały w kącie, szepcząc coś do siebie piskliwymi głosami. Do Hermiony dochodziły tylko strzępki ich rozmowy.
- ...mnóstwo zaklęć...
- ...no i wtedy ta Ślizgonka...
- ...Snape musiał interweniować...
- ...McGonagall była wściekła!
Gryfonki chyba zdały sobie sprawę z tego, że się na nie patrzyli, bo umilkły i nagle pobiegły na górę, wybuchając histerycznym śmiechem.
- Praktyki... - mruknął Harry, jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrując się w to samo miejsce. Ronowi zrzedła mina.
- A zapowiadał się taki piękny dzień... - jęknął, zakrywając sobie oczy dłonią.
- Będzie całkiem ładny, jak nie będziesz marudzić od samego rana. - Hermiona wykrzywiła wargi w sztucznym uśmiechu.
- Odezwała się pani Nigdy Nie Marudzę.
- Dosyć! - Harry wyciągnął przed siebie ręce, odgradzając przyjaciół umownym murem. - Nie zaczynajcie znowu - poprosił cicho.
- Ale czego? - zdziwili się oboje w tym samym momencie. Cała trójka roześmiała się serdecznie.
Poczekali jeszcze chwilę, aż z góry zejdą Ginny i Neville, po czym poszli razem na śniadanie. Po drodze wpadli na Lunę, która poinformowała ich o nowych odkryciach w dziedzinie rozgałązli, czymkolwiek by one nie były. Hermiona szła nieco z tyłu za resztą, starając się wyłapywać strzępki rozmów przechodzących uczniów. W większości kryła się frustracja z powodu praktyk, bądź rozgoryczenie przez brak lekcji obrony.
- Słyszałem, że to dzisiaj... - usłyszała słowa jakiegoś Puchona. Podświadomie wiedziała, że chodziło właśnie o OpCM.
- Hermiona! - odwróciła się, słysząc wołanie. Nawet nie zauważyła, jak bardzo oddaliła się od grupy - zdążyli już zniknąć jej z oczu. W jej stronę zbiegał ze schodów Seamus, a za nim podążała jak cień ciemnobrązowa sowa. Zmarszczyła brwi. - Nie masz przypadkiem pożyczyć paru knutów? - spytał chłopak. W jego oczach kryła się desperacja. Puchacz usiadł mu na ramieniu i wbił szpony w jego rękę. Gryfon jęknął z bólu, patrząc z wyrzutem na wściekłego ptaka. - Nie miałem czym zapłacić za prenumeratę i nie daje mi spokoju...
- Proszę. - Hermiona znalazła w kieszeni parę małych, brązowych pieniążków i podała mu. - Nie musisz oddawać, uznaj to za rekompensatę za oplutą szatę.
- Dzięki - rzucił, wbiegając z powrotem na górę, zapewne do sowiarni.
Hermiona odwróciła się z lekkim uśmiechem i zamarła, kiedy ujrzała stojącego u podnóża schodów, wpatrującego się w nią Malfoya. Crabbe i Goyle stali za nim z głupimi uśmieszkami wymalowanymi na ich niezbyt inteligentnych twarzach.
- Zbierasz już pieniądze na pogrzeb? - spytał z pogardą Draco, krzyżując ręce na piersiach.
- Wybacz, ale nie będę sponsorować twojej ostatniej drogi, Malfoy - warknęła Hermiona, schodząc ze schodów.
- Och, widocznie się pomyliłem. Myślałem, że jesteś wystarczająco bystra, żeby zrozumieć zdanie, w którym nie użyłem zaimka. Mój błąd.
- Ty wiesz co to jest zaimek! - wykrzyknęła, klaskając w dłonie jak mała dziewczynka, z udawanym zdumieniem na twarzy. Goryle Ślizgona popatrzyli na siebie z konsternacją. Pewnie usilnie zastanawiali się nad tym, czym lub kim jest wspomniany zaimek. - Porażasz mnie swoją inteligencją - wysyczała praktycznie tuż przed jego twarzą, po czym skierowała się w stronę Wielkiej Sali. Szybko ją dogonił, zastępując jej drogę bezpośrednio przed drzwiami.
- Szykuj się na niezapomniane przeżycia, Granger - powiedział złowieszczym tonem z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach pod wpływem tonu jego głosu. Malfoy odwrócił się na pięcie, rzucając jej na odchodnym lodowate, mrożące krew w żyłach spojrzenie i zniknął jej z oczu w kłębowisku uczniów. Po paru sekundach poszła w jego ślady. Usiadła przy przyjaciołach za stołem Gryfonów.
- Gdzie się zgubiłaś? - spytał Harry. Ron przerwał pochłanianie swojego śniadania i wpatrzył się w nią podejrzliwym wzrokiem.
- Miło się gawędziło z Malfoyem? - spytał, mrużąc oczy.
- Bardzo - stwierdziła z ironią. - Ostrzegł mnie, że mam się szykować na niezapomniane przeżycia.
- Łaał! Strach się bać. - Wyraźnie uspokojony kontynuował jedzenie. Hermiona spojrzała na niego ze zdziwieniem, a on zdawał się unikać jej wzroku. Otworzyła usta, ale Ron odezwał się pierwszy: - Czy ktoś może mi podać paszteciki?
Ronaldzie Weasley, czyżbyś właśnie był zazdrosny?
Uśmiechnęła się do siebie, mimo że ta myśl wydała jej się trochę niedorzeczna. "Zazdrosny Ron" byłby czymś dziwnym, ale możliwym, ale "Ron zazdrosny o Malfoya"? To było całkowicie... irracjonalne. Jednak to właśnie się stało. Patrzyła się na rudzielca przez chwilę, kiedy poczuła czyjś wzrok na sobie. Odwróciła głowę, napotykając chłodne spojrzenie Malfoya. Siedział przy swoim stole, patrząc na nią z bezczelnym uśmiechem.
Uśmiechem... To słowo zupełnie nie pasowało do jego wyrazu twarzy, pełnego skumulowanej nienawiści. Gwałtownie odwróciła się z powrotem, czując ogarniający ją chłód.
Czy to, co powiedział przed wejściem na salę, było groźbą?
A jeśli nawet, to co z tego? Nic jej nie mógł zrobić. Była górą.
Zabrała się za jedzenie śniadania, beztrosko gawędząc z przyjaciółmi, nie mogła się jednak powstrzymać od ukradkowego zerkania na Malfoya.
- Zmiana - mruknął nagle Harry, wskazując głową na stół prezydialny. Hermiona zerknęła w tamtą stronę. Rzeczywiście, przy stole objawił się Snape. Wyglądał na jeszcze bardziej skwaszonego niż zwykle, a swój haczykowaty nos zwiesił nisko nad stołem. - Czyżby coś się stało? - spytał sarkastycznie.
- Knucie nie wyszło - roześmiał się Ron.
- Ja wam mówię, że będziemy mieli obronę - mruknęła Hermiona znad puddingu, gwałtownie zmieniając temat, kiedy napotkała wzrokiem na puste krzesło przygotowane od tygodnia dla nowego nauczyciela. Zadzwoniła łyżeczką o zęby, obserwując Snape'a, który co parę chwil rzucał okiem na opustoszałe miejsce Dumbledore'a.

Pierwszy etap rozpoczęty. Wystarczy tylko trochę ją podłamać psychicznie. Zachowywać się dziwnie, zastanawiająco, wzbudzać w niej niepokój.
I wszystko będzie szło zgodnie z planem.

Gryfoni ustawili się zwartym szykiem pod salą do obrony przed czarną magią, aż drżąc z niepewności i niecierpliwości. Ślizgoni skumulowali się kawałek dalej, ze znudzeniem obserwując swoich odwiecznych przeciwników.
Pięć minut przed planowanym rozpoczęciem lekcji na końcu korytarza pojawił się Filch, a za nim wlokła się nieodłączna pani Norris. Woźny szedł wolno w ich stronę, mamrocząc pod nosem jakieś wyzwiska i komentarze w stylu "drzwi im trzeba otwierać, paniczykom bez czynnych rączek". Otworzył im drzwi do sali, a kiedy wparowali do środka prawie taranując go po drodze obdarzył ich morderczym spojrzeniem i odmaszerował z powrotem.
Hermiona prześcignęła w drzwiach Rona, błyskawicznie siadając obok Harry'ego. Rudzielec obdarzył ją zdziwionym spojrzeniem, więc uśmiechnęła się do niego przepraszająco. Mogła usiąść sama, ale potrzebowała towarzystwa. Istniało realne niebezpieczeństwo serii kolejnych pytań i pocieszeń ze strony rudzielca, a nie miała siły wysłuchiwać ich po raz tysięczny, więc wybrała Harry'ego, który pod tym względem był zdecydowanie bezpieczniejszy.
Odwróciła się, obserwując wchodzących do klasy Ślizgonów. Malfoy usiadł w ostatniej ławce z Zabinim, a jego goryle przysiedli się obok. Podniósł wzrok w jej stronę, więc szybko odwróciła głowę, napotykając spojrzenie Harry'ego. Patrzył się na nią z lekkim uśmiechem.
- Zdenerwowana? - zapytał. Westchnęła teatralnie, rzucając mu pełne pretensji spojrzenie.
- Nie i przynajmniej ty daj sobie spokój - mruknęła, wyjmując książki z torby. - Nawet o tym nie myślę - po prostu się go nie boję.
- Wcale tak nie twierdzę. Zresztą, w ogóle nie o to pytałem. - Mrugnął do niej okiem z miną mówiącą "naprawdę w ogóle o tym nie myślisz". Przewróciła oczami. Chciała się dowiedzieć, o co w takim razie pytał, rozmowę przerwało im jednak trzaśnięcie drzwiami. W sali zapanowała cisza, a wszyscy podążyli wzrokiem w stronę wejścia.
W drzwiach stał młody mężczyzna, wyglądający na góra trzydzieści lat. Rozczochrane, jasnobrązowe włosy opadały mu na oczy, co nadawało mu wygląd niesfornego nastolatka. Błękitne oczy o odcieniu oceanu patrzyły ufnie na świat, a na twarzy kwitł nieco naiwny uśmiech. Powiódł po nich zaciekawionym spojrzeniem.
- Witajcie, moi drodzy! - powiedział ciepłym głosem, wychodząc na środek sali. - Nazywam się Peir Navity. Będę miał przyjemność uczyć was w tym roku szkolnym tego cudownego przedmiotu, jakim jest obrona przed czarną magią.
Parę osób parsknęło śmiechem. Hermionie przeszło przez myśl, że kogoś takiego Ślizgoni zjedzą żywcem.
- Mój stary go zna - usłyszała głos Malfoya. - Pracował kiedyś w Ministerstwie. Nieszkodliwy dureń.
Hermiona spojrzała w pełne dobroci oczy nauczyciela już wiedząc, że nie będzie miał w Hogwarcie łatwego życia. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego Dumbledore wybrał kogoś takiego akurat w tym roku, zapowiadającym się bardzo burzliwie przez praktyki. Powinien raczej znaleźć kogoś, kto będzie umiał utrzymać wszystkich w ryzach i ustawić ich tak, aby się nie pozabijali, kiedy przyjdzie co do czego.
Nauczyciel zabrał się za odczytywanie listy obecności. Czytał ją dość szybko, nie patrząc na uczniów. Zatrzymał się tylko na Harrym, obdarzając go ciepłym uśmiechem.
- Powinien się nazywać Naivity - mruknął Ron, obserwując nauczyciela, na którego twarzy wciąż kwitł naiwny uśmiech. Parę osób zarechotało cicho, a Hermiona rzuciła mu pochmurne spojrzenie. Rudzielec wywrócił oczami, mamrocząc coś w stylu "już nawet pożartować nie można".
Navity skończył czytać, po czym odłożył listę i potoczył spojrzeniem po klasie. Zatrzymał się na Hermionie.
- Wybaczcie, nie znam was jeszcze, ale nie wydaje mi się, żebyś była panienko panem Zabinim.
- S-słucham? - Hermiona zamarła. W sali po raz kolejny zapadła cisza.
- Mam tu jakąś listę... - wymamrotał nauczyciel, odwracając się i grzebiąc w stercie papierów leżących na biurku. Wszyscy wpatrywali się w niego w napięciu. - Aha! - wykrzyknął nagle, wydobywając wreszcie spod spodu mnóstwa dokumentów długi, zwinięty w rulon pergamin. - Według tego powinniście siedzieć tak, jak zostaliście porozdzielani w pary na praktyki.
Rozległy się okrzyki oburzenia.
- Proszę o zajęcie swoich miejsc. - Głos Navity'ego z trudem przebił się przez liczne wyrazy sprzeciwu. Skierował swoje spojrzenie na Hermionę. Dziewczyna wpatrywała się w niego bez słowa przez dłuższą chwilę, a on wciąż się do niej uśmiechał.
- Prosiłbym łaskawie o zajęcia odpowiednich miejsc - powtórzył dobitniej profesor, ogarniając spojrzeniem całą klasę. Zszokowana Hermiona jak sparaliżowana nie mogła oderwać od niego wzroku.
Nie dało się zauważyć jakiejkolwiek reakcji na jego słowa.
- Nie chciałem tego robić już w pierwszym dniu, ale niestety postawiliście mnie pod ścianą. Będę zmuszony odjąć wam punkty za niesubordynację. - Nikt się nie poruszył. - Po dziesięć na głowę.
Wśród ogólnego jęku niektórzy - ci ambitniejsi bądź przykładający większą wagę do regulaminu i Pucharu Domów - powoli wstali ze swoich miejsc. Hermiona chcąc nie chcąc, wiedziona wewnętrznym przymusem, podniosła się z krzesła i odprowadzana zdziwionym spojrzeniem Harry'ego usiadła w pustej ławce obok. Gryfonka wzruszyła ramionami w usprawiedliwieniu. Czuła już sympatię do nauczyciela, który wyraźnie był nieświadom tego, że trafił w sam środek jednej z najbardziej zażartych batalii odwiecznej wojny, i nie chciała dodawać mu kłopotów. Rozejrzała się po klasie, z przykrością stwierdzając, że takich jak ona było bardzo mało. Niektórzy siedzieli z rękami założonymi na piersiach, patrząc wyzywająco na Navity'ego, jak Pansy Parkinson, inni przybrali wyraz twarzy mówiący "żadna siła mnie stąd nie ruszy", jak Ron.
- Po dwadzieścia na głowę - spróbował po raz kolejny nauczyciel. Parę osób się przesiadło, nietrudno było jednak zauważyć, że prawie wszyscy, którzy zmienili miejsce, byli Gryfonami.
Navity westchnął ciężko, splatając palce rąk przed sobą.
- Cóż, w takim razie będę musiał poprosić waszych opiekunów.
Po kolejnej minucie nie było już Gryfona siedzącego z Gryfonem - pomijając tych nielicznych, którzy nie otrzymali przydziału. Harry pozostał na swoim miejscu, a Rona opuścił Dean. W kilku ławkach znajdowały się już właściwe pary.
Z tyłu klasy, gdzie siedziała cała elita Slytherinu, dobiegały ironiczne chichoty i pełne pogardy śmiechy. Hermiona zerknęła na Malfoya, który szeptał coś do ucha Parkinson. "Mops" uśmiechnął się sarkastycznie w odpowiedzi, wciąż gapiąc się bezczelnie na nauczyciela.
- Moi drodzy... - Navity usiadł na biurku, kierując swoje słowa do Ślizgonów. - Profesor Snape jest odpowiedzialny za nadzorowanie waszych praktyk. Nie myślcie sobie, że tylko z powodu osobistych sympatii i antypatii zburzy cały plan dyrektora. Będzie wręcz bardzo zły, kiedy zobaczy, że wy się nie podporządkowywujecie.
Trzeba przyznać, że miał siłę przekonywania i wyglądał na kogoś, kto nie jest zdolny do kłamstwa. Parkinson, Zabini, Crabbe i Goyle zwlekli się ze swoich miejsc. Pansy rzuciła swoją torbę na podłogę z taką siłą, że Ron przesunął się na sam skraj ławki. Ślizgonka usiadł na drugim jej krańcu, rzucając mu spojrzenie przepełnione pogardą. Ron odpowiedział jej tym samym, prostując się na krześle i siadając w tej sposób, żeby nie musieć na nią patrzeć. Harry z Zabinim zmierzyli się tylko krótkimi, mroźnymi spojrzeniami, po czym stracili zainteresowanie sobą nawzajem.
Hermiona tak zapatrzyła się na reakcje innych, że zapomniała o tym, że sama powinna mieć współtowarzysza. Zerknęła na puste krzesło na lewo od niej. Odwróciła się powoli, czując dziwny, zimny dreszcz na plecach.
Została sama. Wszyscy inni z kimś siedzieli, otrzymali już swoich własnych wrogów. A ona była sama, jak ta ostatnia sierota.
Bo On nie uważał ją za godną.
Tego jeszcze brakowało, żebyś zaczęła się przejmować słowami Malfoya - pomyślała rozzłoszczona. Musiała jednak przyznać, że to ją trochę ubodło. Maleńkie szpileczki wbijały się w jej poczucie godności, podważając jego podstawy.
A Malfoy jako jedyny pozostał na swoim miejscu, z tym bezczelnym, kpiącym uśmiechem na ustach, tym razem skrupulatnie omijając ją wzrokiem. Wbiła spojrzenie w ławkę, czując ogarniające ją zdenerwowanie. Zaraz pewnie wystawi ją na pośmiewisko wszystkich...
W sali powoli się uspokajało. Navity wreszcie opanował rozgardiasz i zauważył Malfoya.
- A ty, młodzieńcze? - spytał, upewniając się na liście, że żaden osobnik ze Slytherinu nie miał siedzieć sam. Jego pytanie pozostało bez odpowiedzi. - Twoja godność?
Draco parsknął śmiechem, słysząc ten staromodny w jego mniemaniu zwrot. Wciąż nie odpowiadał, bezczelnie wpatrując się w nauczyciela.
- Przykro mi, ale Slytherin traci dziesięć punktów.
Malfoy założył ręce na klatkę piersiową i wyciągnął przed siebie nogi, dalej milcząc. Oczy wszystkich pomijając Hermiony, która pragnęła stać się jak najmniejsza, skierowane były na niego.
- Dwadzieścia.
Zero rezultatu.
- Będę zmuszony pójść po profesora Snape'a.
- Proszę bardzo! - wybuchnął nagle Malfoy. Wstał gwałtownie, zasuwając krzesło z takim impetem, że wylądowało z hukiem na podłodze. Navity się wzdrygnął. - Rzygać mi się chce na tą całą szkołę.
Zarzucił torbę na ramię, po czym nie zważając na nawoływania profesora zamaszystym krokiem ruszył w stronę drzwi. Otworzyły się one nagle, kiedy już sięgał po klamkę. Zatrzymał się w pół kroku, a przed nim stał Severus Snape.
- Profesorze Snape! - ucieszył się Navity. - Właśnie miałem pana prosić...
- Wybierasz się gdzieś, Malfoy? - spytał Snape, kompletnie ignorując nowego nauczyciela obrony przed czarną magią. Nie spuszczał wzroku ze swojego podopiecznego. Navity, słysząc znajome nazwisko, bezgłośnie ułożył usta w słowo "Malfoy" i pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Tak, ja właśnie mia... - Draco nie stracił swojego animuszu, Snape jednak nie miał najmniejszego zamiaru go słuchać.
- Wracaj na swoje miejsce - wycedził, przerywając Ślizgonowi w pół słowa. Malfoy chyba nie spodziewał się takiego obrotu spraw, bo przez chwilę stał w miejscu, bez słowa patrząc na mistrza eliksirów. W końcu odwrócił się i z niechęcią podniósł przewrócone krzesło, nie zdążył jednak usiąść, bo Snape dodał: - To nie jest twoje miejsce - kładąc znaczący nacisk na słowo "twoje".
Na twarzy Malfoya pojawiło się czyste niedowierzanie. Hermiona zerknęła na niego szybko i poczuła jakąś dziką satysfakcję. Czyżby Draco przestał być już pupilkiem Snape'a?
- Bardzo proszę - powiedział cicho Ślizgon, po czym jak gdyby nigdy nic usiadł obok Hermiony. Snape jeszcze przez chwilę stał w drzwiach. Nie zważając na "dziękuję" wymamrotane przez Navity'ego odwrócił się na pięcie i zniknął, zatrzaskując za sobą drzwi.
Malfoy tymczasem położył książki na skraju ławki, wciąż nie zaszczycając Hermiony ani jednym spojrzeniem. Z dziewczyny szybko wyparowała satysfakcja, ustępując miejsca innym myślom.
O dziwo nie skompromitował jej, tylko siebie. Chociaż ośmieszył się tylko w oczach Gryfonów, których zdanie miał głęboko gdzieś. Ślizgoni natomiast patrzyli na niego z podziwem. Jak na wodza. Kogoś, kto pokazywał im ścieżkę, którą powinni podążyć.
Hermiona obserwowała go kątem oka. Takie publiczne obnażanie swoich emocji na forum połowy roku raczej nie było w jego stylu. Więc czemu to zrobił?
Dziwne...
I nawet, kiedy zachował się inaczej niż zwykle spotkał się z gromkim aplauzem publiczności. Zmieszanej, że nie postąpiła tak, jak on.
Zastanawiające...
Czy taki właśnie miał cel? Czy po prostu go poniosło? Ale czy w ogóle należał do osób, które nie panują nad własnymi nerwami?
Raczej nie. Więc o co chodziło?

Nie widziała tego, ale na jego ustach kwitł uśmiech triumfu. Wszystko szło tak, jak to zaplanował. Nie mogło być lepiej.

Zostało im niewiele czasu na prawdziwą lekcję, więc omówili jedynie program nauczania na ten rok. Zapowiadał się nawet ciekawie, z wieloma nowymi zaklęciami do nauczenia i właściwie małą ilością suchej teorii.
- Miał pan wątpliwości co do przyjęcia propozycji nauczania w Hogwarcie? - spytał nagle Malfoy, kiedy już skończyli. W jego oczach błyszczały zadziorne iskierki. Navity zawahał się, ale w końcu odpowiedział.
- Tak. - Hermionie to krótkie słowo nie wydało się zgodne z prawdą. Sama nie wiedziała dlaczego, ale coś w oczach profesora jej to mówiło.
- Bo strach pana obleciał?
Ślizgoni parsknęli śmiechem. Twarz nauczyciela stężała.
- Bo musiałem się poważnie zastanowić nad tym, czy chcę nauczać takich jak ty, Malfoy - powiedział zimno, zakładając ręce na piersi i obdarzając Dracona surowym spojrzeniem.
- A może zastanawiał się pan, czy w ogóle się na to stanowisko nadaje? - Malfoy niezrażony kontynuował, przedrzeźniając pozę nauczyciela. - Czy taka ciapa może uczyć tak poważnego przedmiotu?
Ślizgoni pokładali się ze śmiechu, a Gryfoni zamarli z oburzenia. Navity nie zmienił wyrazu twarzy, ale Hermiona zauważyła, że drgnął lekko na te słowa.
- Odbędę sobie dzisiaj małą pogawędkę z profesorem Snapem na twój temat - odrzekł jedynie. Rozległ się cichy dźwięk jego zegarka. - Lekcja skończona.
I wymaszerował z sali przed wszystkimi, z wysoko podniesioną głową.
Ślizgoni zerwali się ze swoich miejsc. Oszołomieni Gryfoni siedzieli bez ruchu. Malfoy zgarnął książki do torby i spojrzał wreszcie na Hermionę.
- Szykuj się - wyszeptał, rzucając jej na odchodnym przeszywające, diaboliczne spojrzenie.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



Wykonała Anka, dla HP-Szablony. Kopiowanie zabronione. Enjoy!

Draco & Hermiona

IndexOpisPokochajZapamiętajMuzykaHP-Szablony